- Francis… ja nie dam rady… - szepnęła dziewczynka i upadła na kolana.
Blondyn zaklął i przełożył jej swoją rękę przez głowę.
- Jeszcze tylko trochę, wytrzymaj. – powiedział z błaganiem w głosie i zaczął ponownie biec. Nie dotarli jednak do celu. Przed zielonymi oczami chłopca zaczęły powstawać czarne plamy, zamazując obraz. Otworzył spiżarnię i zamknął drzwi od środka. Położył nieprzytomną siostrę na workach z żywnością, a sam zaczął przesuwać meble pod drzwi.
- Tu jesteśmy bezpieczni. – rzekł pocieszając samego siebie.
Wytarł pot z czoła i wyciągnął jabłko z worka. Wziął duży, soczysty kęs i usiadł na zimnej posadzce. Nie wiedział co mają robić dalej. Zaatakowali ich niedawno i nie miał jak dotrzeć do służby, co dopiero do rodziców. Na wspomnienia o mamie i tacie skręciło go w żołądku. Jeśli im się coś stało, to on będzie musiał rządzić królestwem. Z zamyślenia wyrwały go krzyki dochodzące z zewnątrz. Rzucił ogryzek na ziemię i zaczął wdrapywać się na meble. Stanął na palcach i wyjrzał przez małe okienko. Ludzie zbierający się przed zamkiem trzymali pochodnie. Zaczynali się niebezpiecznie zbliżać do stosu z zamiarem podpalenia osób do niego przywiązanym. Francis wziął wdech. Rodzice. Zeskoczył na podłogę i zwymiotował kolacją. Zamknął oczy nie chcąc patrzeć na strawiony posiłek i wytarł usta. Nieprzyjemny zapach zaczął szybko rozchodzić się po pomieszczeniu. Muszą uciekać. Podszedł do mebli i niezdarnymi ruchami zaczął je odsuwać. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich dobrze zbudowany mężczyzna. Jego zęby błysnęły w ciemności.
- Pójdziecie ze mną. – powiedział ochrypłym głosem. Przerzucił sobie nieprzytomną Lissianę przez plecy i powoli obrócił się do Francisa. Chłopiec zdążył znaleźć tępy nóż i schować go za plecami.
- Zostaw moją siostrę! – krzyknął i zamachnął się na mężczyznę. Zrobił mu paskudne rozcięcie na lewej łydce. Wróg zasnął pięść i uderzył Francisa w twarz. Chłopiec zawahał się i runął na ziemię. Ciemność wzięła go w swoje ramiona.
Mężczyzna splunął i przerzucił go przez drugie ramię.
- Dzieciaki, same z nimi problemy. – mruknął kierując się na górę. – Musze postarać się o lepszą fuchę.
Jego donośne kroki dudniły w całym pałacu. Wszystkie perskie dywany i zasłony były naznaczone odbytą walką. Konkurencyjny kraj zabrał łupy i jeńców. Dotarł do głównej sali w której zebrali się wszyscy napastnicy. Niedbale rzucił królewskich potomków na ziemię i zasalutował królowi. Władca skinął głową i szepnął coś na ucho doradcy. Dwójka podwładnych napełniła dzbany wodą i wylała ją na dzieci. Gwałtownie się obudziły, kaszląc i starając się zaczerpnąć powietrza. Chłopiec przeszedł do pozycji siedzącej.
- Mówcie co zrobiliście naszym rodzicom. – chciał by zabrzmiało to jak groźba, ale wyszło jako jęk. Łzy napłynęły mu do oczy.
Władca zaśmiał się i podszedł do chłopca. Przyjrzał mu się uważnie i uderzył go laską w brzuch. Francis skulił się z bólu i upadł na podłogę.
- To ma być następca tronu? – zaśmiał się. – Takie chuchro? – uniósł brew czekając na aprobatę swoich poddanych.
Wszyscy wybuchli salwami niepohamowanego śmiechu.
Francis zacisnął zęby i obrócił się do siostry. Chwycił ją za rękę i razem wstali. Głosy ustały, a król otaksował wzrokiem dziewczynę.
- Ile masz lat? – spytał opierając obie ręce na głowicy laski.
- Trzynaście… - wyszeptała i pochyliła głowę.
Podszedł do niej i chwycił ją za podbródek oglądając jej twarz.
- Zatem jesteś już kobietą… Na dodatek z rodziny królewskiej… – dodał zamyślony. – Będziesz idealną kandydatką na żonę dla mojego syna. – obrócił się na pięcie, a kosztowne tkaniny w jakie się odział razem z nim. – Chociaż nie wiem czy będzie chciał poślubić łup wojenny.
Znowu salwy śmiechu.
Francis przytulił drżącą siostrę. Ich włosy się wymieszały. Jej brąz i jego blond. Spojrzał w jej twarz i otarł łzy.
- Hej, wszystko będzie dobrze, póki jesteśmy razem… - wyszeptał w jej włosy i obdarzył pocałunkiem jej czoło. – znam rozwiązanie…
Nagle ludzie zaczęli ich otaczać. Oderwali ich od siebie i związali im kończyny. Następnie wrzucili ich do lochu, gdzie śmierdziało zgnilizną i biegały myszy. Przynajmniej byli razem. Francis próbował wyswobodzić się ze sznurów, ale nie przyniosło to żadnych efektów. W głowie zaświtał mu dość niebezpieczny pomysł, ale jedyny jaki teraz mieli. Obrócił się w stronę Lissiany.
- Powtarzaj za mną, dobra? – powiedział i z trudem podniósł się do pozycji siedzącej. Dziewczynka skinęła głową. – Demonie, wzywam cię, odpowiedz na me wołanie! – krzyknął i piętą naznaczył kontury znaku na posadzce. Jego siostra zrobiła to samo. Nagle świat wokół nich przestał istnieć. Pogrążyli się w czarnej otchłani. Oddzieleni.
- Lissiana! – krzyknął oswobodzony z lin.
- Jest bezpieczna. – usłyszał melodyjny głos.
Ze strachem w oczach obrócił się do czarnego jak otchłań oka z ledwo rozróżnianą pionową źrenicą.
- Kim jesteś? – zapytał podnosząc głowę do góry.
Oko mrugnęło.
- Tym kogo wezwałeś.
Zatem najprawdziwszy demon stał właśnie przed nim.
- Chcesz zawrzeć pakt? – spytała kobieta. – Życzenie za duszę.
Skręciło go w żołądku.
- Tak. – odpowiedział po pewnym czasie. – Chcę odnaleźć rodziców, zniszczyć ich wszystkich wrogów i zapewnić bezpieczeństwo mojej siostrze.
- To ostatnie jest niemożliwe. Lissiana Penhallow wezwała demona i właśnie zawiązuje z nim pakt.
Francis wytrzeszczył oczy. Sam ją do tego zmusił. Ścisnęło go serce na myśl, że drobna Lissiana, musi oddać swoją czystą duszę demonowi.
- Zatem, chcę odnaleźć rodziców i zniszczyć ich wszystkich wrogów. – oznajmił z zadziwiającą pewnością siebie.
Oko zniknęło, a on poczuł rozrywający ból. Zaczął wrzeszczeć i drapać bolące miejsce. Na jego szyi ukazał się znak. Zrozumiał, że już nigdy nie będzie tak samo jak wcześniej.
***
Błądziła w ciemności nawołując brata. Co jakiś czas potykała się o własne nogi, ale dzielnie wstawała i biegła dalej.- Twój brat jest bezpieczny. – powiedział kobiecy głos.
Lissiana pisnęła i wywaliła się na podłogę. Czujne, złote oko z pionową źrenicą obserwowało ją.
- K-k-kim jesteś? – wyjąkała dziewczynka.
Oko mrugnęło.
- Jestem Demonem, wezwaną przez ciebie by zawiązać pakt. Ceną jest twoja dusza. Uważnie więc dobieraj słowa.
Lissiana się wzdrygnęła i zamknęła oczy, starając się powstrzymać napływające łzy.
- Chcę znaleźć rodziców, stać się silniejsza i pozabijać wszystkich wrogów rodziny Penhallow. – powiedziała z lekkim drżeniem w głosie.
- Twe żądanie zostanie spełnione. – oko zniknęło, a ona poczuła ból pod uchem. Powstrzymała jednak krzyk. Od teraz będzie silniejsza. Dotknęła palcami wypalony symbol. To będzie jej siła.
Masz niesamowity talent, gdy czytam widzę każdą chwilę. Cudowne *-*
OdpowiedzUsuń