niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział: 6

Grupa młodych demonów wreszcie ruszyła z misją ratunkową, tym razem wszystko zostało przemyślane i przygotowane tak jak zawsze chciała postępować Meredith. Na tą okazje wybrali najelegantszą karoce w posiadłości. Kształtem przypominała bombkę choinkową ,która była cała czarna, a koła, brzegi karocy i ramy okien były pozłacane. Z tyłu widniał herb rodziny Penhallow, czyli feniks otoczony własnymi płomieniami, a na czubku pojazdu była zawieszona flaga biało,pomarańczowo, czerwona.
Wszyscy siedzieli w milczeniu ponieważ nikomu nie chciało się rozmawiać po tym co się stało. Meredith ze smutkiem patrzyła się na Kaylę, która opierała podbródek o swoją dłoń i patrzyła przez okno zmartwiona, myśląc tylko o Lissianie.
W końcu zajechali pod dom gdzie miała się rozpocząć uroczystość. To był Dom całego klanu Silent. Dom wyglądał na zewnątrz pięknie: wielki, biały dom w stylu barokowym, lecz wszyscy z daleka czuli odrażający zapach kryminału za drzwiami.
Przed budynkiem stał wielki i napakowany ochroniarz i garniturze. Wyglądał idiotycznie, więc Kayla z trudem powstrzymywała śmiech, zasłaniając usta. Grupa podeszła do mężczyzny patrząc się wysoko w górę by zobaczyć jego głowę.
-Dzień dobry, poproszę o państwa zaproszenie.-Powiedział, bardzo grubym tonem. To było takie wrażenie jakby ziemia się zatrzęsła.
Meredith szybko wyciągnęła rękę przed siebie z kartką. Nawet ją to przeraziło.
-mhmm...Dobrze mogą państwo wejść-Po tym słowach otworzył drzwi i zrobił gest drugą ręką zapraszając do środka. Grupka weszła powoli, by pokazać swoje maniery. Skręcili na boczny korytarz i zaczęli po cichu dyskutować.
-Dobra, teraz musimy udawać "pary"-powiedziała Mer po czym przeszły jej dreszcze na samą myśl.
-Ooo to jja będę z Merusią-uniósł się Daimon biorąc ją pod ramię.
-Aaa idioto, nie ściskaj tak mojej ręki będę miała przez ciebie siniaki- Meredith zrobiła taką minę jakby się dusiła i próbowała poluźnić uścisk kolegi. Sebastian patrzył na Daimona jakby chciał go zabić.
-A tylko ją skrzywdzisz to pożałujesz, wiesz, że jestem od ciebie silniejszy- Sebastian wyciągnął palec wskazujący przed twarzą Daimona.
-yy okay okay, ja tylko bardzo lubię Merusie i chce tylko udawać-Powiedział demon wiedząc,że stąpa po kruchym lodzie.
-Dobra nie kłóćmy się, Mer nie gniewaj się, ale chce by twój brat mi towarzyszył-powiedziała Kayla bardzo niewinnym i spokojnym tonem co było trochę dziwne ponieważ Kayla lubi podnosić głos i rzadko mówiła spokojnie.
-Nie no okay wiem, że to tylko na pokaz nie mam nic przeciwko-powiedziała Meredith mimo, że w głębi nie chciała tego widzieć jak jej najlepsza przyjaciółka i jej starszy brat idą razem jakby byli ze sobą.
Chłopcy wzięli swoje partnerki pod ramie i udali się na salę, gdzie miał się odbyć ślub, usiedli blisko ołtarza, by Kayla wiedziała co się dzieje z Lissianą. Kiedy już wszyscy goście przybyli na miejsce zaczęła się uroczystość. Wszyscy wstali, a przy ołtarzu stał już pan młody.
-Patrzcie, to ten niby przyszły mąż mojej pani. Pff....Ona zasługuje na coś lepszego-Powiedziała Kayla, szturchając Mer łokciem. Nagle drzwi do sali otworzyły się a w nich stała Lissiana ubrana w suknię ślubną, która powoli szła w stronę ołtarza. Inni goście tego nie widzieli, ale miała związanie ręce szorstkim sznurem co sprawiało jej ból i robiło jej bolące odciski na rekach. Kayla to poczuła i zaczęła czuć gniew. Miała ochotę wskoczyć tam przed ołtarz i zabić wszystkich na sali oprócz przyjaciół i swojej pani.
Kiedy ksiądz zaczął ceremonie i zapytał czy Lissiana bierze go za męża nastała cisza. Nie miała ochoty wymawiać tych słów komuś kogo nie kocha. Ojciec pana młodego to zauważył i kazał strażnikowi dyskretnie zranić ją nożem. Lissianie spływała łza po lewym policzku a z rany leciała krew. Już miała powiedzieć "biorę" gdy nagle Kayla wstała.
-Co ty robisz do cholery?-zapytała Meredith gniewnie patrząc na koleżankę.
-Robię to co do mnie należy- Po tych słowach,oczy Kayli zmieniły barwę na róż.
-Kayla! - Lissiana była szczęśliwa widząc swojego lokaja chciała do niej pobiec, ale w ostatniej chwili złapał ją jeden z ochroniarzy.
-Wiedziałem,że przyjdziecie porwać przyszłą,żonę mojego syna wy piekielne ścierwa- powiedział Baron zrywając się z miejsca.
-Skąd wiesz kim jesteśmy?!- Meredith była zszokowana tymi słowami.
-Przyszedł do mnie jeden z waszych największych wrogów i wszystko mi wytłumaczył-powiedział, trzymając dla nich niespodziankę za plecami.
-Cholera...był tutaj anioł-Sebastian od razu wiedział czyja to sprawka, ponieważ on również gardził aniołami.
-Mam tu coś dla was demony-krzyknął Baron Silent po czym wyciągnął anielską księgę, którą skierował na demony. Z księgi wydostał się piorun na tyle silny by powalić najsilniejszego demona w piekle.
Ból był nie do zniesienia, a po chwili wszyscy stracili przytomność.
-Dobra, straże zabierzcie ich do celi a ceremonie przesuwamy na pojutrze- Kayli udało się tylko te słowa usłyszeć z ust Barona po czym nastąpiła ciemność....

INFO:

Przepraszamy.Strona "Artbook" została usunięta z powodu utrudnień dla adminów. Jakby ktoś chciałby obrazek jaki był do tej pory na Artbook'u prosze zgłaszać się do admina Kayla Raven (ja).
Jeszcze raz przepraszamy. :(

piątek, 14 listopada 2014

Rozdział 5

Meredith westchnęła i udała się za przyjaciółką. Dlaczego ona zawsze musi taka być? Taka… Taka… Nieokiełznana. To słowo idealnie pasowało do jej nieutemperowanego charakteru.
- Kayla czekaj. – Położyła jej rękę na ramieniu i odwróciła do siebie czerwonowłosą. Jej oczy posyłały mordercze spojrzenie i, gdyby ono mogło zabijać, Mer leżałaby już pod ścianą cała zakrwawiona. – Posłuchaj mnie. Ochłoń. – Powiedziała najspokojniej jak mogła. Poczuła jak Kayla rozluźnia mięśnie. – Teraz wrócimy do salonu i obmyślimy plan…
- Ale Lissiana. – Przerwała jej. W złotych oczach można było dostrzec lekki niepokój.
Meredith westchnęła.
- Skoro porwali Lissianę i zmusili ją do ślubu, to jej nie zabiją. – Jej ton był wręcz lodowaty, jakby wyłączyła wszelkie uczucia i zostało zimne rozumowanie. – Mogą ją trochę pokaleczyć, ale masz znak i poczujesz, gdy coś jej się stało.  
Kayla niepewnie kiwnęła głową i udała się w raz z czarnowłosą do salonu. Chłopacy nic sobie nie zrobili z ich nagłego odejścia i zamiaru skoczenia śmierci w ramiona. Daimon rozłożył się na kanapie. Jedną nogę zahaczył o oparcie, druga zwisała z siedzenia, a ręce włożył pod głowę. Sebastian, który jeszcze najzwyczajniej nie odwykł od bycia lokajem, znowu nalał wszystkim herbaty, a Nael usadowił się w kącie i zaczął czytać jakąś książkę wyraźnie zaciekawiony.
Meredith przyłożyła rękę do twarzy w tak zwanym facepalm’ie.
- Dzięki, że TAK zareagowaliście na misję samobójczą Kayli. – Ogarnęła wzrokiem pomieszczenie raz jeszcze. Przynajmniej filiżanki stały jeszcze całe. Ostatnim razem, gdy zostawiła tę trójkę w Piekle u dyrektorki, wszystkie szklane elementy wylądowały na podłodze. Teraz pewnie pada pytanie za co poszli na dywanik. Mały incydent ze świeczkami i salą symulacyjną. Daimon postanowił sobie ‘poćwiczyć’, a Nael, Sebastian i Meredith chcieli mu tylko pomóc, co skończyło się jeszcze większym wybuchem ognia.
- A jak mieliśmy Meruś? – Z początku myślała, że Daimon śpi, bo miał zamknięte oczy i oddychał głęboko.
- Nie nazywaj mnie tak. – Założyła ręce na piersi i zepchnęła jego nogi z kanapy.
Sama usiadła i spojrzała na Sebastiana, który nalewał już trzecią filiżankę. Przecież Demony nie piją i nie jedzą tego, co zwykli ludzie… Przyzwyczajenie? Nie. Raczej zachowanie pozorów. 
Daimon przeszedł do pozycji siedzącej i spojrzał tymi swoimi ciemnobrązowymi oczami na Meredith.
- Mogliśmy przecież zamknąć ją w uścisku i nie puszczać. O tak. – Objął czarnowłosą i przyciągnął do siebie. 
Mer starała się wyrwać, ale niezbyt jej to wychodziło. Czuła ciepło Daimona i jego oddech na swoim karku. Jego dobrze umięśnione ręce obejmowały w talii siostrę Sebastiana.
- Zostaw moją siostrę. – Chłodny głos jej brata sprawił, że przeszły jej ciarki po plecach. 
Daimon momentalnie się od niej odsunął, zerknął na nią kątem oka z lekkim uśmiechem i podszedł do swojego zaczytanego przyjaciela, który zapomniał, że wszyscy są wokół. Jego zielone oczy śledziły tekst uważnie, a blond włosy poruszały się wraz z jego ruchami głowy. Nagle Daimon wyrwał mu książkę i odłożył ją na pobliską półkę. Wyciągnął rękę w stronę przyjaciela, a ten przyjął ją i razem zasiedli przy stole. 
- Dobra. – Meredith pochyliła się i przerzucała spojrzenie na różne osoby. – Plan jest następujący. Idziemy na ten ‘ślub’ i udajemy jakbyśmy się pogodzili z naszym marnym żywotem.  No i potem odbijamy Lissianę. – Wzruszyła ramionami. 
Nael zaśmiał się urwanym śmiechem. 
- Fajnie, że wzięłaś pod uwagę, że porywacz jest baronem i ma dobrze przyszykowane wojsko. Na dodatek zostawił wam zaproszenie, co było dość śmiałym posunięciem. – Podsumował Nael. Jego analityczny umysł wreszcie zaczął pracować an pełnych obrotach.
- Zatem co robimy? – Kayla uderzyła w stół pięściami wyraźnie zirytowana czekaniem.
Nael rozsiadł się wygodniej w fotelu. 
- Ja zostanę i przypilnuję Francisa. – Kiwnął głową w stronę czarnowłosej. – Meredith i Kayla wkradną się do pałacu w roli dam do towarzystwa dla Lissiany. – Obie dziewczyny zgodziły się z blondynem. – A Sebastian i Daimon będą wam towarzyszyć, jako wasi partnerzy…
- Słucham? – Zapytała z niedowierzaniem Meredith.
- Dla zabezpieczenia. – Nael powstrzymywał uśmiech, ale coś mu nie wychodziło. – Nie chcemy, żeby ktoś się przyczepił i skierował nasz plan na złą drogę. 
Meredith burknęła coś pod nosem, a Daimon wydawał być się tym faktem zadowolony. Sebastianowi też to nie przeszkadzało.  
- To kiedy zaczynamy? – Odezwał się Michaelis.
Nael spojrzał na nich, jakby ich oceniając, ale po chwili machnął ręką.
- Idźcie w tym czym jesteście. No już i powodzenia. – Uśmiechnął się dodając im otuchy. 
Dziewczyny nadal były ubrane w swoje suknie, a chłopcy mieli surduty. Wyszli z rezydencji i wsiedli do karety. Woźnica, gdy upewnił się, że wszystko jest zamknięte, dał znak do odjazdu i konie ruszyły.