Meredith westchnęła i udała się za przyjaciółką. Dlaczego ona zawsze musi taka być? Taka… Taka… Nieokiełznana. To słowo idealnie pasowało do jej nieutemperowanego charakteru.
- Kayla czekaj. – Położyła jej rękę na ramieniu i odwróciła do siebie czerwonowłosą. Jej oczy posyłały mordercze spojrzenie i, gdyby ono mogło zabijać, Mer leżałaby już pod ścianą cała zakrwawiona. – Posłuchaj mnie. Ochłoń. – Powiedziała najspokojniej jak mogła. Poczuła jak Kayla rozluźnia mięśnie. – Teraz wrócimy do salonu i obmyślimy plan…
- Ale Lissiana. – Przerwała jej. W złotych oczach można było dostrzec lekki niepokój.
Meredith westchnęła.
- Skoro porwali Lissianę i zmusili ją do ślubu, to jej nie zabiją. – Jej ton był wręcz lodowaty, jakby wyłączyła wszelkie uczucia i zostało zimne rozumowanie. – Mogą ją trochę pokaleczyć, ale masz znak i poczujesz, gdy coś jej się stało.
Kayla niepewnie kiwnęła głową i udała się w raz z czarnowłosą do salonu. Chłopacy nic sobie nie zrobili z ich nagłego odejścia i zamiaru skoczenia śmierci w ramiona. Daimon rozłożył się na kanapie. Jedną nogę zahaczył o oparcie, druga zwisała z siedzenia, a ręce włożył pod głowę. Sebastian, który jeszcze najzwyczajniej nie odwykł od bycia lokajem, znowu nalał wszystkim herbaty, a Nael usadowił się w kącie i zaczął czytać jakąś książkę wyraźnie zaciekawiony.
Meredith przyłożyła rękę do twarzy w tak zwanym facepalm’ie.
- Dzięki, że TAK zareagowaliście na misję samobójczą Kayli. – Ogarnęła wzrokiem pomieszczenie raz jeszcze. Przynajmniej filiżanki stały jeszcze całe. Ostatnim razem, gdy zostawiła tę trójkę w Piekle u dyrektorki, wszystkie szklane elementy wylądowały na podłodze. Teraz pewnie pada pytanie za co poszli na dywanik. Mały incydent ze świeczkami i salą symulacyjną. Daimon postanowił sobie ‘poćwiczyć’, a Nael, Sebastian i Meredith chcieli mu tylko pomóc, co skończyło się jeszcze większym wybuchem ognia.
- A jak mieliśmy Meruś? – Z początku myślała, że Daimon śpi, bo miał zamknięte oczy i oddychał głęboko.
- Nie nazywaj mnie tak. – Założyła ręce na piersi i zepchnęła jego nogi z kanapy.
Sama usiadła i spojrzała na Sebastiana, który nalewał już trzecią filiżankę. Przecież Demony nie piją i nie jedzą tego, co zwykli ludzie… Przyzwyczajenie? Nie. Raczej zachowanie pozorów.
Daimon przeszedł do pozycji siedzącej i spojrzał tymi swoimi ciemnobrązowymi oczami na Meredith.
- Mogliśmy przecież zamknąć ją w uścisku i nie puszczać. O tak. – Objął czarnowłosą i przyciągnął do siebie.
Mer starała się wyrwać, ale niezbyt jej to wychodziło. Czuła ciepło Daimona i jego oddech na swoim karku. Jego dobrze umięśnione ręce obejmowały w talii siostrę Sebastiana.
- Zostaw moją siostrę. – Chłodny głos jej brata sprawił, że przeszły jej ciarki po plecach.
Daimon momentalnie się od niej odsunął, zerknął na nią kątem oka z lekkim uśmiechem i podszedł do swojego zaczytanego przyjaciela, który zapomniał, że wszyscy są wokół. Jego zielone oczy śledziły tekst uważnie, a blond włosy poruszały się wraz z jego ruchami głowy. Nagle Daimon wyrwał mu książkę i odłożył ją na pobliską półkę. Wyciągnął rękę w stronę przyjaciela, a ten przyjął ją i razem zasiedli przy stole.
- Dobra. – Meredith pochyliła się i przerzucała spojrzenie na różne osoby. – Plan jest następujący. Idziemy na ten ‘ślub’ i udajemy jakbyśmy się pogodzili z naszym marnym żywotem. No i potem odbijamy Lissianę. – Wzruszyła ramionami.
Nael zaśmiał się urwanym śmiechem.
- Fajnie, że wzięłaś pod uwagę, że porywacz jest baronem i ma dobrze przyszykowane wojsko. Na dodatek zostawił wam zaproszenie, co było dość śmiałym posunięciem. – Podsumował Nael. Jego analityczny umysł wreszcie zaczął pracować an pełnych obrotach.
- Zatem co robimy? – Kayla uderzyła w stół pięściami wyraźnie zirytowana czekaniem.
Nael rozsiadł się wygodniej w fotelu.
- Ja zostanę i przypilnuję Francisa. – Kiwnął głową w stronę czarnowłosej. – Meredith i Kayla wkradną się do pałacu w roli dam do towarzystwa dla Lissiany. – Obie dziewczyny zgodziły się z blondynem. – A Sebastian i Daimon będą wam towarzyszyć, jako wasi partnerzy…
- Słucham? – Zapytała z niedowierzaniem Meredith.
- Dla zabezpieczenia. – Nael powstrzymywał uśmiech, ale coś mu nie wychodziło. – Nie chcemy, żeby ktoś się przyczepił i skierował nasz plan na złą drogę.
Meredith burknęła coś pod nosem, a Daimon wydawał być się tym faktem zadowolony. Sebastianowi też to nie przeszkadzało.
- To kiedy zaczynamy? – Odezwał się Michaelis.
Nael spojrzał na nich, jakby ich oceniając, ale po chwili machnął ręką.
- Idźcie w tym czym jesteście. No już i powodzenia. – Uśmiechnął się dodając im otuchy.
Dziewczyny nadal były ubrane w swoje suknie, a chłopcy mieli surduty. Wyszli z rezydencji i wsiedli do karety. Woźnica, gdy upewnił się, że wszystko jest zamknięte, dał znak do odjazdu i konie ruszyły.
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz