piątek, 31 października 2014

Rozdział 3

Kayla jak zwykle nic sobie nie robiła z wyrządzonych szkód. Po prostu wyszła z pomieszczenia, zostawiając ją samą z problemem. Meredith westchnęła donośnie i krytycznym spojrzeniem oglądnęła salę. Krew. Pokrywała wszystko. Była wszędzie. Niegdyś piękne ściany, teraz zostały ją zbryzgane, a martwe ciała porozrzucane w najróżniejszych miejscach naznaczone. Podłoga była niczym cmentarz, a ludzie czekali na pochowanie. Niedoczekanie ich. Kayla pewnie ich spali lub wrzuci do rzeki, gdzie zaczną się rozkładać. Przeszła na środek, zręcznie przechodząc nad trupami i odgarnęła zasłony. Słońce powoli wyłaniało się znad widnokręgu, budząc kraj do życia. Niektórzy mieszkańcy zaczynali pędzić do pracy, a dzieci szykowały się do szkoły. Wygięła wargi w lekkim uśmiechu i dotknęła opuszkami palców swojego policzka. Rozcięcie powoli się zasklepiało. Jako demon, przysługiwała jej szybka regeneracja. Odgarnęła czarne włosy z twarzy i skierowała się do wyjścia. Stanęła w przedsionku i zaszczyciła martwych ludzi ostatnim spojrzeniem. Chwyciła pobliską, zapaloną świecę i zatrzasnęła za sobą drzwi. Trochę im zajmie pozbycie się zwłok. Paznokciem nakreśliła na drewnie symbol. Skażona komnata. Nie może dopuścić, aby potomkowie królewscy zobaczyli w niej i Kayli bestie.

Westchnęła i zaczęła iść wzdłuż korytarza. Jej obcasy stukały o podłogę i odbijały się echem od wąskich, poniszczonych ścian. Pałac po najeździe prezentował się fatalnie. Tynk odpadał, zasłony były częściowo spalone, a okna powybijane. Meredith zagryzła wargę, co większość osobników płci męskiej uważało za urocze. Wydała odgłos przypominający zduszony śmiech. Ona i słodkie słówka nie pasowały do siebie. Była niczym noc. Z pozoru cicha, piękna i opanowana. Pierw myślała, a potem działała. Ale, gdy ktoś pociągnął za odpowiednią strunę dawała dojść do głosu swojej drugiej naturze – tej gwałtowniejszej, cieszącej się każdą komórką ciała z zadawania krzywdy innym. Tym różniła się od  Kayli. Czerwonowłosa nie ukrywała swojej prawdziwej natury. Szybko działała, bez namysłu, tak samo osądzała ludzi. Uzupełniały się.
Meredith przemierzyła już większość zamku, badając szkody i licząc liczbę martwych, która była dość spora. W pewnym momencie weszła do sypialni , gdzie spali potomkowie rodziny królewskiej. Delikatnie zamknęła drzwi i podeszła do łoża z baldachimem. Pokój był dość przestronny, podporządkowany do potrzeb kobiet. Na ścianach w różowym kolorze wisiały liczne obrazy przedstawiające rodziców dziewczynki. W rogu stała toaletka, a obok niej ogromna szafa. Meredith podeszła do niej i szybko przeglądnęła zawartość. Szaty były głównie dla Lissiany, podopiecznej Kayli. Czarnowłosa zerknęła w stronę dzieci. Oboje byli pogrążeni w głębokim śnie. Ich klatka piersiowa wznosiła się i opadała w odpowiednim rytmie. Kobieta demon odetchnęła z ulgą widząc, że nic im się nie stało. Byli tylko lekko poranieni i doznali uszczerbku na psychice, ale poza tym nic im się nie stało. Meredith podeszła bliżej nich. Wyczuwała niemal namacalną więź z chłopcem. Dotknęła swojego symbolu, który widniał na karku i poczuła jak lekko się poruszył. Przejechała językiem po wargach cały czas wpatrzona w Francisa. Było w nim tyle gniewu i chęci zemsty.
- Mer. Co ty wyprawiasz? – Kayla oparła się o framugę drzwi. Ubrana była w ogniście czerwoną, wiktoriańską suknię, która podkreślała jej kobiece kształty.
Czarnowłosa słysząc swoje imię, natychmiast ocknęła się ze stanu otępienia. Założyła ręce na piersi i chłodno spojrzała na przyjaciółkę.
- Czemu się tak wystroiłaś? – Uniosła brew, a Kayla wlepiła w nią lekko zdezorientowane spojrzenie. – Zresztą nie ważne. – Pokręciła głową i kiwnęła w stronę korytarza, aby nie pobudzić dzieci. Musiały solidnie odpocząć po nałożeniu znaków. Czerwonowłosa oparła się o brudną ścianę, a wzrok utkwiła w oddali. – Kayla, ty zajmujesz się ciałami. Ja napiszę do szkoły i do mojego brata…
- Do Sebastiana? Po co? – Skierowała twarz w jej stronę. Wcześniej nie dostrzegła tego, że w ustach trzymała wykałaczkę.
Meredith westchnęła.
- Bo to mój kochany braciszek i może się za nim stęskniłam? – Jej głos wręcz ociekał sarkazmem. Odchrząknęła, dając znać, że zaczyna teraz mówić na poważnie. – Trzeba go poinformować o tym co tu, hmm… Zaszło… - Nie wiedziała zbytnio jak ubrać w słowa zaistniałe zdarzenie. – Możemy potrzebować trochę pomocy. Musimy znaleźć kogoś do odnowienia posiadłości i osoby na służbę.
Kayla wyjęła wykałaczkę i przez chwilę obracała ją w palcach.
- Zajmijmy się tym, w czym jesteśmy dobre. – Złamała patyczek i niedbale rzuciła go na podłogę. – Zajmę się trupami. – Powiedziała do przyjaciółki i dało się dostrzec niebezpieczny błysk w jej złotych oczach. – Naszykowałam ci strój w pokoju obok. – Po swoich słowach zniknęła w labiryncie korytarzy.
Meredith udała się do wyznaczonego pomieszczenia. Nie zdziwiła się zbytnio dlaczego Kayla wybrała akurat te na swoją ‘siedzibę’. Było urządzone w dość mrocznym stylu. Górowała tam czerń i czerwień, jej ulubione kolory. Czarnowłosa weszła głębiej. Obrazki na ścianach wywoływały niepożądany dreszcz, a bałagan tyko go umacniał. Skierowała swoje spojrzenie na czarną suknię leżącą na łóżku z antresolą. Wykrzywiła twarz w grymasie i wzięła ją do rąk uważnie oglądając. Naprawdę rzadko zakładała sukienki. Ciężko się w nich walczyło, a gorset cisnął niemiłosiernie. Westchnęła, godząc się z tym, że nie ma nic innego w jej rozmiarze. Podeszła do łazienki i oczyściła się z krwi, sadzy i innego rodzaju brudu. Założyła nieszczęsną kreację i przyjrzała się sobie w lustrze. Czarne włosy opadały jej falami na nieosłonięte ramiona. Równie czarne jak śmierć oczy, tęczówka niemal nierozróżnialna ze źrenicą idealnie kontrastowały z bladą cerą. Pełne usta wykrzywiły się w grymasie, gdy zauważyła jak bardzo opięta jest suknia. Będzie musiała to przecierpieć. Wyszła z łazienki i udała się do gabinetu. Wyciągnęła kartkę, kałamarz i pióro ze starego, mahoniowego biurka. Usiadła na krześle i zaczęła starannie pisać list do dyrektorki szkoły informując ją o ich postępach. W końcu znalazły dzieci z nie byle jakiej rodziny. Przypieczętowała słowa pieczęcią rodu Penhallow i zaczęła pisać kolejny, tym razem do brata. Ręka zastygła jej nad kartką. Atrament kapnął i zrobił mały, ale zauważalny kleks. Westchnęła i zmusiła się do nabazgrolenia kilku słów. Nie lubiła prosić o pomoc. Wolała działać na własną rękę i odnieść porażkę, niż mieć potem u kogoś multum przysług. Ale w tym wypadku musiała zdać się na to drugie. Wzięła obie koperty wraz z zawartością i wrzuciła je do kominka. Ogień szybko pochłoną listy.
Taki był sposób komunikacji pomiędzy światem piekielnym. Przez chwilę obserwowała jak popiół przesypuje się między spalonym drewnem, ciesząc się z tego błogiego stanu zrzucenia wszystkiego ze swoich barków. Jutro da jeszcze ogłoszenie do gazety o poszukiwanie pracowników.
Nagle usłyszała natarczywe dzwonienie do drzwi frontowych. Zerwała się i z niespodziewaną szybkością zbiegła na dół. W pośpiechu wygładziła suknię i otworzyła drzwi. Gdy zobaczyła jak trójka mężczyzn wchodzi do środka, otworzyła usta ze zdziwienia. Przed nią stał Daimon, Nael i Sebastian we własnej osobie.
- Ale co wy tu…? – Urwała widząc sarkastyczny uśmieszek na twarzy Daimona.
- Przyszliśmy ci pomóc, Merciu! – Daimon podszedł do niej i zamknął ją w stalowym uścisku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz