Grupa młodych demonów wreszcie ruszyła z misją ratunkową, tym razem wszystko zostało przemyślane i przygotowane tak jak zawsze chciała postępować Meredith. Na tą okazje wybrali najelegantszą karoce w posiadłości. Kształtem przypominała bombkę choinkową ,która była cała czarna, a koła, brzegi karocy i ramy okien były pozłacane. Z tyłu widniał herb rodziny Penhallow, czyli feniks otoczony własnymi płomieniami, a na czubku pojazdu była zawieszona flaga biało,pomarańczowo, czerwona.
Wszyscy siedzieli w milczeniu ponieważ nikomu nie chciało się rozmawiać po tym co się stało. Meredith ze smutkiem patrzyła się na Kaylę, która opierała podbródek o swoją dłoń i patrzyła przez okno zmartwiona, myśląc tylko o Lissianie.
W końcu zajechali pod dom gdzie miała się rozpocząć uroczystość. To był Dom całego klanu Silent. Dom wyglądał na zewnątrz pięknie: wielki, biały dom w stylu barokowym, lecz wszyscy z daleka czuli odrażający zapach kryminału za drzwiami.
Przed budynkiem stał wielki i napakowany ochroniarz i garniturze. Wyglądał idiotycznie, więc Kayla z trudem powstrzymywała śmiech, zasłaniając usta. Grupa podeszła do mężczyzny patrząc się wysoko w górę by zobaczyć jego głowę.
-Dzień dobry, poproszę o państwa zaproszenie.-Powiedział, bardzo grubym tonem. To było takie wrażenie jakby ziemia się zatrzęsła.
Meredith szybko wyciągnęła rękę przed siebie z kartką. Nawet ją to przeraziło.
-mhmm...Dobrze mogą państwo wejść-Po tym słowach otworzył drzwi i zrobił gest drugą ręką zapraszając do środka. Grupka weszła powoli, by pokazać swoje maniery. Skręcili na boczny korytarz i zaczęli po cichu dyskutować.
-Dobra, teraz musimy udawać "pary"-powiedziała Mer po czym przeszły jej dreszcze na samą myśl.
-Ooo to jja będę z Merusią-uniósł się Daimon biorąc ją pod ramię.
-Aaa idioto, nie ściskaj tak mojej ręki będę miała przez ciebie siniaki- Meredith zrobiła taką minę jakby się dusiła i próbowała poluźnić uścisk kolegi. Sebastian patrzył na Daimona jakby chciał go zabić.
-A tylko ją skrzywdzisz to pożałujesz, wiesz, że jestem od ciebie silniejszy- Sebastian wyciągnął palec wskazujący przed twarzą Daimona.
-yy okay okay, ja tylko bardzo lubię Merusie i chce tylko udawać-Powiedział demon wiedząc,że stąpa po kruchym lodzie.
-Dobra nie kłóćmy się, Mer nie gniewaj się, ale chce by twój brat mi towarzyszył-powiedziała Kayla bardzo niewinnym i spokojnym tonem co było trochę dziwne ponieważ Kayla lubi podnosić głos i rzadko mówiła spokojnie.
-Nie no okay wiem, że to tylko na pokaz nie mam nic przeciwko-powiedziała Meredith mimo, że w głębi nie chciała tego widzieć jak jej najlepsza przyjaciółka i jej starszy brat idą razem jakby byli ze sobą.
Chłopcy wzięli swoje partnerki pod ramie i udali się na salę, gdzie miał się odbyć ślub, usiedli blisko ołtarza, by Kayla wiedziała co się dzieje z Lissianą. Kiedy już wszyscy goście przybyli na miejsce zaczęła się uroczystość. Wszyscy wstali, a przy ołtarzu stał już pan młody.
-Patrzcie, to ten niby przyszły mąż mojej pani. Pff....Ona zasługuje na coś lepszego-Powiedziała Kayla, szturchając Mer łokciem. Nagle drzwi do sali otworzyły się a w nich stała Lissiana ubrana w suknię ślubną, która powoli szła w stronę ołtarza. Inni goście tego nie widzieli, ale miała związanie ręce szorstkim sznurem co sprawiało jej ból i robiło jej bolące odciski na rekach. Kayla to poczuła i zaczęła czuć gniew. Miała ochotę wskoczyć tam przed ołtarz i zabić wszystkich na sali oprócz przyjaciół i swojej pani.
Kiedy ksiądz zaczął ceremonie i zapytał czy Lissiana bierze go za męża nastała cisza. Nie miała ochoty wymawiać tych słów komuś kogo nie kocha. Ojciec pana młodego to zauważył i kazał strażnikowi dyskretnie zranić ją nożem. Lissianie spływała łza po lewym policzku a z rany leciała krew. Już miała powiedzieć "biorę" gdy nagle Kayla wstała.
-Co ty robisz do cholery?-zapytała Meredith gniewnie patrząc na koleżankę.
-Robię to co do mnie należy- Po tych słowach,oczy Kayli zmieniły barwę na róż.
-Kayla! - Lissiana była szczęśliwa widząc swojego lokaja chciała do niej pobiec, ale w ostatniej chwili złapał ją jeden z ochroniarzy.
-Wiedziałem,że przyjdziecie porwać przyszłą,żonę mojego syna wy piekielne ścierwa- powiedział Baron zrywając się z miejsca.
-Skąd wiesz kim jesteśmy?!- Meredith była zszokowana tymi słowami.
-Przyszedł do mnie jeden z waszych największych wrogów i wszystko mi wytłumaczył-powiedział, trzymając dla nich niespodziankę za plecami.
-Cholera...był tutaj anioł-Sebastian od razu wiedział czyja to sprawka, ponieważ on również gardził aniołami.
-Mam tu coś dla was demony-krzyknął Baron Silent po czym wyciągnął anielską księgę, którą skierował na demony. Z księgi wydostał się piorun na tyle silny by powalić najsilniejszego demona w piekle.
Ból był nie do zniesienia, a po chwili wszyscy stracili przytomność.
-Dobra, straże zabierzcie ich do celi a ceremonie przesuwamy na pojutrze- Kayli udało się tylko te słowa usłyszeć z ust Barona po czym nastąpiła ciemność....
niedziela, 23 listopada 2014
INFO:
Przepraszamy.Strona "Artbook" została usunięta z powodu utrudnień dla adminów. Jakby ktoś chciałby obrazek jaki był do tej pory na Artbook'u prosze zgłaszać się do admina Kayla Raven (ja).
Jeszcze raz przepraszamy. :(
Jeszcze raz przepraszamy. :(
piątek, 14 listopada 2014
Rozdział 5
Meredith westchnęła i udała się za przyjaciółką. Dlaczego ona zawsze musi taka być? Taka… Taka… Nieokiełznana. To słowo idealnie pasowało do jej nieutemperowanego charakteru.
- Kayla czekaj. – Położyła jej rękę na ramieniu i odwróciła do siebie czerwonowłosą. Jej oczy posyłały mordercze spojrzenie i, gdyby ono mogło zabijać, Mer leżałaby już pod ścianą cała zakrwawiona. – Posłuchaj mnie. Ochłoń. – Powiedziała najspokojniej jak mogła. Poczuła jak Kayla rozluźnia mięśnie. – Teraz wrócimy do salonu i obmyślimy plan…
- Ale Lissiana. – Przerwała jej. W złotych oczach można było dostrzec lekki niepokój.
Meredith westchnęła.
- Skoro porwali Lissianę i zmusili ją do ślubu, to jej nie zabiją. – Jej ton był wręcz lodowaty, jakby wyłączyła wszelkie uczucia i zostało zimne rozumowanie. – Mogą ją trochę pokaleczyć, ale masz znak i poczujesz, gdy coś jej się stało.
Kayla niepewnie kiwnęła głową i udała się w raz z czarnowłosą do salonu. Chłopacy nic sobie nie zrobili z ich nagłego odejścia i zamiaru skoczenia śmierci w ramiona. Daimon rozłożył się na kanapie. Jedną nogę zahaczył o oparcie, druga zwisała z siedzenia, a ręce włożył pod głowę. Sebastian, który jeszcze najzwyczajniej nie odwykł od bycia lokajem, znowu nalał wszystkim herbaty, a Nael usadowił się w kącie i zaczął czytać jakąś książkę wyraźnie zaciekawiony.
Meredith przyłożyła rękę do twarzy w tak zwanym facepalm’ie.
- Dzięki, że TAK zareagowaliście na misję samobójczą Kayli. – Ogarnęła wzrokiem pomieszczenie raz jeszcze. Przynajmniej filiżanki stały jeszcze całe. Ostatnim razem, gdy zostawiła tę trójkę w Piekle u dyrektorki, wszystkie szklane elementy wylądowały na podłodze. Teraz pewnie pada pytanie za co poszli na dywanik. Mały incydent ze świeczkami i salą symulacyjną. Daimon postanowił sobie ‘poćwiczyć’, a Nael, Sebastian i Meredith chcieli mu tylko pomóc, co skończyło się jeszcze większym wybuchem ognia.
- A jak mieliśmy Meruś? – Z początku myślała, że Daimon śpi, bo miał zamknięte oczy i oddychał głęboko.
- Nie nazywaj mnie tak. – Założyła ręce na piersi i zepchnęła jego nogi z kanapy.
Sama usiadła i spojrzała na Sebastiana, który nalewał już trzecią filiżankę. Przecież Demony nie piją i nie jedzą tego, co zwykli ludzie… Przyzwyczajenie? Nie. Raczej zachowanie pozorów.
Daimon przeszedł do pozycji siedzącej i spojrzał tymi swoimi ciemnobrązowymi oczami na Meredith.
- Mogliśmy przecież zamknąć ją w uścisku i nie puszczać. O tak. – Objął czarnowłosą i przyciągnął do siebie.
Mer starała się wyrwać, ale niezbyt jej to wychodziło. Czuła ciepło Daimona i jego oddech na swoim karku. Jego dobrze umięśnione ręce obejmowały w talii siostrę Sebastiana.
- Zostaw moją siostrę. – Chłodny głos jej brata sprawił, że przeszły jej ciarki po plecach.
Daimon momentalnie się od niej odsunął, zerknął na nią kątem oka z lekkim uśmiechem i podszedł do swojego zaczytanego przyjaciela, który zapomniał, że wszyscy są wokół. Jego zielone oczy śledziły tekst uważnie, a blond włosy poruszały się wraz z jego ruchami głowy. Nagle Daimon wyrwał mu książkę i odłożył ją na pobliską półkę. Wyciągnął rękę w stronę przyjaciela, a ten przyjął ją i razem zasiedli przy stole.
- Dobra. – Meredith pochyliła się i przerzucała spojrzenie na różne osoby. – Plan jest następujący. Idziemy na ten ‘ślub’ i udajemy jakbyśmy się pogodzili z naszym marnym żywotem. No i potem odbijamy Lissianę. – Wzruszyła ramionami.
Nael zaśmiał się urwanym śmiechem.
- Fajnie, że wzięłaś pod uwagę, że porywacz jest baronem i ma dobrze przyszykowane wojsko. Na dodatek zostawił wam zaproszenie, co było dość śmiałym posunięciem. – Podsumował Nael. Jego analityczny umysł wreszcie zaczął pracować an pełnych obrotach.
- Zatem co robimy? – Kayla uderzyła w stół pięściami wyraźnie zirytowana czekaniem.
Nael rozsiadł się wygodniej w fotelu.
- Ja zostanę i przypilnuję Francisa. – Kiwnął głową w stronę czarnowłosej. – Meredith i Kayla wkradną się do pałacu w roli dam do towarzystwa dla Lissiany. – Obie dziewczyny zgodziły się z blondynem. – A Sebastian i Daimon będą wam towarzyszyć, jako wasi partnerzy…
- Słucham? – Zapytała z niedowierzaniem Meredith.
- Dla zabezpieczenia. – Nael powstrzymywał uśmiech, ale coś mu nie wychodziło. – Nie chcemy, żeby ktoś się przyczepił i skierował nasz plan na złą drogę.
Meredith burknęła coś pod nosem, a Daimon wydawał być się tym faktem zadowolony. Sebastianowi też to nie przeszkadzało.
- To kiedy zaczynamy? – Odezwał się Michaelis.
Nael spojrzał na nich, jakby ich oceniając, ale po chwili machnął ręką.
- Idźcie w tym czym jesteście. No już i powodzenia. – Uśmiechnął się dodając im otuchy.
Dziewczyny nadal były ubrane w swoje suknie, a chłopcy mieli surduty. Wyszli z rezydencji i wsiedli do karety. Woźnica, gdy upewnił się, że wszystko jest zamknięte, dał znak do odjazdu i konie ruszyły.
piątek, 31 października 2014
Rozdział 4
Meredith zszokowana szybkim nadejściem kolegów i starszego
brata nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa. Normalnie całkowity paraliż.
-Meruś, a gdzie jest nasza droga Kayla?- Spytał Daimon
szeroko się uśmiechając licząc na szybkie przybycie przyjaciółki.
-K- Kayla… - Ściągnęła
brwi w lekkim zamyśleniu, jednocześnie starając się wyrwać z uścisku chłopaka.
- Jest w kuchni i robi śniadanie - Powiedziała Mer trochę się jąkając, co nigdy
jej się nie zdarzyło. - Zaprowadzę was.
Grupa idąca do kuchni, która znajdowała się w zachodnim
skrzydle pałacu oglądała dokładnie zdobione filary, freski na ścianach i obrazy
w pozłacanych ramach. Nael zatrzymał się przed portretem rodziny Penhallow,
przez co reszta również stanęła.
-Mer, którym z tych dzieciaków zawarłaś pakt? - Spytał Nael
patrząc uważnie swoimi zielonymi oczyma na portret.
-Z tym chłopakiem obok królowej. - Meredith wskazała dłonią
na wizerunek Francisa.
-Nie chce wam przeszkadzać, ale mamy spotkać się z Kaylą - Powiedział
Sebastian stojąc z boku niezainteresowany w ogóle obrazem.
-A ty co się śpieszysz do Kayli? - zapytał Daimon z lekkim
uśmiechem. Sebastian zamiast odpowiedzieć na pytanie, zarumienił się odwracając
głowę w przeciwną stronę.
-Co cię to obchodzi? – Strzepnął niewidzialny kurz ze swojego
ubrania. - Po prostu nie interesuje mnie ten portret – Rzekł Sebastian, stanowczym
krokiem idąc w stronę kuchni .Nael podszedł do Meredith i szepnął jej na ucho.
- Wiesz, że jak się dowiedział, że idziemy z wizytą do
ciebie i Kayli to jak szybko biegł do portalu by dostać się do świata ludzi?
Ledwo dogoniliśmy go z Daimon’em i nie jestem pewien czy do ciebie tak zasuwał.
Czy coś ich łączy?- Nael był tym bardzo zaciekawiony z resztą wyraźnie było
widać. Uwielbiał wszystko wiedzieć, jego analityczny umysł rządny był nowych
informacji.
Czarnowłosa wlepiła w niego lekko zdezorientowane
spojrzenie.
- Sebastian to mój brat, a Kayla to moja najlepsza
przyjaciółka. To po prostu niemożliwe, a poza tym Kayla to twarda dziewczyna
ciężko zdobyć jej serce.- Westchnęła idąc za Sebastianem z Daimon;em i Nael’em.
Kuchnia znajdowała się na końcu korytarza ostanie drzwi po
prawej. Kiedy weszli, po pomieszczeniu roznosiły się piękne i słodkie zapachy.
Aż miło było tu zostać. Daimon’owi nawet ślina leciała z ust, a Nael tylko z
rozbawieniem kręcił głową obserwując innych. Kayla usłyszała jak drzwi się
otwierały i zamykały.
- Meredith, jak już tu jesteś to podaj mi dwa słupki wanilii,
bo mi się wydaję że te ciastka będą miały słaby aromat.
-Według mnie aromat jest bardzo przyjemny i wyraźny - powiedział
głośno Daimon szeroko uśmiechając się w stronę koleżanki. Kayla gwałtownie się
odwróciła w stronę drzwi. Jak zauważyła chłopaków, była zaskoczona, że już w
pierwszy dzień mają gości.
-Co wy tu robicie? - spytała Kayla uśmiechając się
delikatnie.
-Jak to co stęskniliśmy się za tobą Kayluś - powiedział
Daimon i mocno przytulił Kaylę, tak, że prawie nie mogła oddychać.
-W szkole jest nudno bez naszych wspólnych szkolnych
wybryków z których to zwykle ja i Meredith ratowaliśmy wam skórę. - powiedział
Nael opierając się o ścianę.
-A co ja umarłam? Jak dobrze pójdzie to szybko z Mer wrócę
do szkoły. A tak w ogóle Meredith możesz tu podejść? - spytała Kayla .
Czarnowłosa podeszła śmiało do przyjaciółki. Kayla powiedziała po cichu –
Słuchaj, możesz zabrać naszych gości do salonu, bo tutaj jest trochę brudno.
W odpowiedzi Meredith kiwnęła jej głową. Podeszła do drzwi i
wypchnęła demony z pomieszczenia.
- Zapraszam serdecznie wszystkich mieszkańców tej pięknej
posiadłości na ślub Lissiany Penhallow i Stewarda Silent’a jutro o godzinie siedemnastej.
Serdecznie zapraszam. Baron Silent.
Wszystkich ogarnął wstrząs i nastąpiła głucha cisza.
-Kayla, pomogę ci odzyskać panienkę Lissianę. – Powiedział
Sebastian tym samym zrywając się z fotela.
-Nie Sebastian, dzięki za twoją propozycję, ale to moja pani
i ja ją uratuje. Za pierwszym razem nie udało mi się wybić całej mafii, ale
drugi raz tego samego błędu nie popełnię - powiedziała Kayla, patrząc w stronę
portretu Lissiany wiszącego przy kominku, po czym, wyszła z pokoju i udała się
w stronę drzwi frontowych.
Rozdział 3
Kayla jak zwykle nic sobie nie robiła z wyrządzonych szkód. Po prostu wyszła z pomieszczenia, zostawiając ją samą z problemem. Meredith westchnęła donośnie i krytycznym spojrzeniem oglądnęła salę. Krew. Pokrywała wszystko. Była wszędzie. Niegdyś piękne ściany, teraz zostały ją zbryzgane, a martwe ciała porozrzucane w najróżniejszych miejscach naznaczone. Podłoga była niczym cmentarz, a ludzie czekali na pochowanie. Niedoczekanie ich. Kayla pewnie ich spali lub wrzuci do rzeki, gdzie zaczną się rozkładać. Przeszła na środek, zręcznie przechodząc nad trupami i odgarnęła zasłony. Słońce powoli wyłaniało się znad widnokręgu, budząc kraj do życia. Niektórzy mieszkańcy zaczynali pędzić do pracy, a dzieci szykowały się do szkoły. Wygięła wargi w lekkim uśmiechu i dotknęła opuszkami palców swojego policzka. Rozcięcie powoli się zasklepiało. Jako demon, przysługiwała jej szybka regeneracja. Odgarnęła czarne włosy z twarzy i skierowała się do wyjścia. Stanęła w przedsionku i zaszczyciła martwych ludzi ostatnim spojrzeniem. Chwyciła pobliską, zapaloną świecę i zatrzasnęła za sobą drzwi. Trochę im zajmie pozbycie się zwłok. Paznokciem nakreśliła na drewnie symbol. Skażona komnata. Nie może dopuścić, aby potomkowie królewscy zobaczyli w niej i Kayli bestie.Westchnęła i zaczęła iść wzdłuż korytarza. Jej obcasy stukały o podłogę i odbijały się echem od wąskich, poniszczonych ścian. Pałac po najeździe prezentował się fatalnie. Tynk odpadał, zasłony były częściowo spalone, a okna powybijane. Meredith zagryzła wargę, co większość osobników płci męskiej uważało za urocze. Wydała odgłos przypominający zduszony śmiech. Ona i słodkie słówka nie pasowały do siebie. Była niczym noc. Z pozoru cicha, piękna i opanowana. Pierw myślała, a potem działała. Ale, gdy ktoś pociągnął za odpowiednią strunę dawała dojść do głosu swojej drugiej naturze – tej gwałtowniejszej, cieszącej się każdą komórką ciała z zadawania krzywdy innym. Tym różniła się od Kayli. Czerwonowłosa nie ukrywała swojej prawdziwej natury. Szybko działała, bez namysłu, tak samo osądzała ludzi. Uzupełniały się.
Meredith przemierzyła już większość zamku, badając szkody i licząc liczbę martwych, która była dość spora. W pewnym momencie weszła do sypialni , gdzie spali potomkowie rodziny królewskiej. Delikatnie zamknęła drzwi i podeszła do łoża z baldachimem. Pokój był dość przestronny, podporządkowany do potrzeb kobiet. Na ścianach w różowym kolorze wisiały liczne obrazy przedstawiające rodziców dziewczynki. W rogu stała toaletka, a obok niej ogromna szafa. Meredith podeszła do niej i szybko przeglądnęła zawartość. Szaty były głównie dla Lissiany, podopiecznej Kayli. Czarnowłosa zerknęła w stronę dzieci. Oboje byli pogrążeni w głębokim śnie. Ich klatka piersiowa wznosiła się i opadała w odpowiednim rytmie. Kobieta demon odetchnęła z ulgą widząc, że nic im się nie stało. Byli tylko lekko poranieni i doznali uszczerbku na psychice, ale poza tym nic im się nie stało. Meredith podeszła bliżej nich. Wyczuwała niemal namacalną więź z chłopcem. Dotknęła swojego symbolu, który widniał na karku i poczuła jak lekko się poruszył. Przejechała językiem po wargach cały czas wpatrzona w Francisa. Było w nim tyle gniewu i chęci zemsty.
- Mer. Co ty wyprawiasz? – Kayla oparła się o framugę drzwi. Ubrana była w ogniście czerwoną, wiktoriańską suknię, która podkreślała jej kobiece kształty.
Czarnowłosa słysząc swoje imię, natychmiast ocknęła się ze stanu otępienia. Założyła ręce na piersi i chłodno spojrzała na przyjaciółkę.
- Czemu się tak wystroiłaś? – Uniosła brew, a Kayla wlepiła w nią lekko zdezorientowane spojrzenie. – Zresztą nie ważne. – Pokręciła głową i kiwnęła w stronę korytarza, aby nie pobudzić dzieci. Musiały solidnie odpocząć po nałożeniu znaków. Czerwonowłosa oparła się o brudną ścianę, a wzrok utkwiła w oddali. – Kayla, ty zajmujesz się ciałami. Ja napiszę do szkoły i do mojego brata…
- Do Sebastiana? Po co? – Skierowała twarz w jej stronę. Wcześniej nie dostrzegła tego, że w ustach trzymała wykałaczkę.
Meredith westchnęła.
- Bo to mój kochany braciszek i może się za nim stęskniłam? – Jej głos wręcz ociekał sarkazmem. Odchrząknęła, dając znać, że zaczyna teraz mówić na poważnie. – Trzeba go poinformować o tym co tu, hmm… Zaszło… - Nie wiedziała zbytnio jak ubrać w słowa zaistniałe zdarzenie. – Możemy potrzebować trochę pomocy. Musimy znaleźć kogoś do odnowienia posiadłości i osoby na służbę.
Kayla wyjęła wykałaczkę i przez chwilę obracała ją w palcach.
- Zajmijmy się tym, w czym jesteśmy dobre. – Złamała patyczek i niedbale rzuciła go na podłogę. – Zajmę się trupami. – Powiedziała do przyjaciółki i dało się dostrzec niebezpieczny błysk w jej złotych oczach. – Naszykowałam ci strój w pokoju obok. – Po swoich słowach zniknęła w labiryncie korytarzy.
Meredith udała się do wyznaczonego pomieszczenia. Nie zdziwiła się zbytnio dlaczego Kayla wybrała akurat te na swoją ‘siedzibę’. Było urządzone w dość mrocznym stylu. Górowała tam czerń i czerwień, jej ulubione kolory. Czarnowłosa weszła głębiej. Obrazki na ścianach wywoływały niepożądany dreszcz, a bałagan tyko go umacniał. Skierowała swoje spojrzenie na czarną suknię leżącą na łóżku z antresolą. Wykrzywiła twarz w grymasie i wzięła ją do rąk uważnie oglądając. Naprawdę rzadko zakładała sukienki. Ciężko się w nich walczyło, a gorset cisnął niemiłosiernie. Westchnęła, godząc się z tym, że nie ma nic innego w jej rozmiarze. Podeszła do łazienki i oczyściła się z krwi, sadzy i innego rodzaju brudu. Założyła nieszczęsną kreację i przyjrzała się sobie w lustrze. Czarne włosy opadały jej falami na nieosłonięte ramiona. Równie czarne jak śmierć oczy, tęczówka niemal nierozróżnialna ze źrenicą idealnie kontrastowały z bladą cerą. Pełne usta wykrzywiły się w grymasie, gdy zauważyła jak bardzo opięta jest suknia. Będzie musiała to przecierpieć. Wyszła z łazienki i udała się do gabinetu. Wyciągnęła kartkę, kałamarz i pióro ze starego, mahoniowego biurka. Usiadła na krześle i zaczęła starannie pisać list do dyrektorki szkoły informując ją o ich postępach. W końcu znalazły dzieci z nie byle jakiej rodziny. Przypieczętowała słowa pieczęcią rodu Penhallow i zaczęła pisać kolejny, tym razem do brata. Ręka zastygła jej nad kartką. Atrament kapnął i zrobił mały, ale zauważalny kleks. Westchnęła i zmusiła się do nabazgrolenia kilku słów. Nie lubiła prosić o pomoc. Wolała działać na własną rękę i odnieść porażkę, niż mieć potem u kogoś multum przysług. Ale w tym wypadku musiała zdać się na to drugie. Wzięła obie koperty wraz z zawartością i wrzuciła je do kominka. Ogień szybko pochłoną listy.
Taki był sposób komunikacji pomiędzy światem piekielnym. Przez chwilę obserwowała jak popiół przesypuje się między spalonym drewnem, ciesząc się z tego błogiego stanu zrzucenia wszystkiego ze swoich barków. Jutro da jeszcze ogłoszenie do gazety o poszukiwanie pracowników.Nagle usłyszała natarczywe dzwonienie do drzwi frontowych. Zerwała się i z niespodziewaną szybkością zbiegła na dół. W pośpiechu wygładziła suknię i otworzyła drzwi. Gdy zobaczyła jak trójka mężczyzn wchodzi do środka, otworzyła usta ze zdziwienia. Przed nią stał Daimon, Nael i Sebastian we własnej osobie.
- Ale co wy tu…? – Urwała widząc sarkastyczny uśmieszek na twarzy Daimona.
- Przyszliśmy ci pomóc, Merciu! – Daimon podszedł do niej i zamknął ją w stalowym uścisku.
czwartek, 30 października 2014
Rozdział 2
Kayla i Meredith rozdzieliły się w poszukiwaniu swojego przyszłego pana. Długa i męcząca tułaczka po ulicach miasta gdzie mgła rozprzestrzeniała się w każdej szczelinie każdego domu trwała jakby wieczność. Obydwie czuły, że nie znajdą żadnej pokrzywdzonej duszy. Zmęczenie powoli zaczęło wygrywać, żadna z nich nie usłyszała wezwania. Meredith na chwile usiadła na wielkim i zimnym kamieniu by odpocząć. Kayla czuła wielkie pragnienie, zimno odczuć można było na jej dłoniach. Skóra zrobiła się szorstka, a paznokcie sine....Kayla oparła się o ścianę jednej z kamienic myśląc o powrocie do piekła gdzie mróz nigdy nie doskwiera....Nagle usłyszała wezwanie małej dziewczynki, która była na skraju wyczerpania. Meredith również usłyszała chłopca, który stanowczo i z wielką pewnością potrzebuje pomocy demona. Dziewczyny się otrząsnęły i szybkim biegiem pobiegły za głosami. Obydwa wezwania prowadziły do wielkiego pałacu z XIX w.
Oko zniknęło, a on poczuł rozrywający ból. Zaczął wrzeszczeć i drapać bolące miejsce. Na jego szyi ukazał się znak. Zrozumiał, że już nigdy nie będzie tak samo jak wcześniej.
Królewskie rodzeństwo po zawarciu paktu zasnęło .Kayla i Mer wzięły swoich panów na ręce i zaniosły ich do swoich sypialni. Kiedy demony spotkały się na korytarzu, wpadła im jednocześnie ta sama myśl.
-Wiesz, co teraz powinniśmy zrobić?- Zapytała Kayla lekko uśmiechając się pod nosem.
-Tak, wypadałoby pozbyć się tej bandy z pałacu. -Powiedziała Mer łapiąc się dwoma palcami za podbródek, wymyślając plan ataku.
-Nie wiem czemu tak rozmyślasz. Ja wolę działać.- Kayla ruszyła w stronę sali tronowej.
-Kayla czekaj!- Meredith próbowała zatrzymać przyjaciółkę, ale jak zwykle było po jej myśli.
Powoli zbliżając się do jednego ze strażników po cichu zablokowała mu ręce i zasłoniła mu usta, żeby nie mógł wołać o pomoc. Zabrała mu broń i połamała mu nogi i żebra. Uczucie bólu było ja oderwanie kończyn zardzewiałym hakiem. Ochroniarz skonał, płacząc, a z jego ust leciała krew.
W jednej chwili, Kayla wyszła zza ściany i zaczęła strzelać, za co ochroniarze oddali jej z nawiązką postrzelając ją w ramie i w brzuch.
-Cholerny karabin szturmowy AK-47 jak oni mogą z tego strzelać? - Kayla rozczarowana z broni zaczęła używać własnych rąk. Zaczęła łamać kości każdemu. Krzyki i jęki były straszne, wręcz nie do zniesienia.
Kayla zauważyła, że straciła tu dużo czasu i reszta mafii mogła to wszystko usłyszeć i zdążyć uciec, więc szybko pobiegła przez główny korytarz.
Za nią zdyszana Meredith zrobiła sobie krótką przerwę na korytarzu gdzie doszło do masakry. Krew płynęła strumieniami z ludzkiego ścierwa.
- Woach.- powiedziała Mer biegnąc i patrząc na połamane ludzkie ciała. - Niezła jesteś.
-Nareszcie! - krzyknęła Kayla, stojąc przed wielkimi, złotymi drzwiami do sali tronowej. Nagle nastąpił huk od mocnego kopnięcia w drzwi, glanem.Szef mafii zaskoczony nadejściem dziewczyny ubranej na czarno rozkazał swoim ludziom strzelać .Kayla uśmiechnęła się pod nosem i zaczęła unikać kul skacząc po ścianach, po suficie i po żyrandolu. W między czasie szef uciekł z najlepszymi ludźmi. Nie spodobało się to Kayli, że nie uda się jej zabić wszystkich .Wyciągnęła z czarnego płaszcza czarne róże po czym błyskawicznie rozrzucając je w stronę gangsterów. Róże wbijały się bezpośrednio w głowę: w czoło, oczy i usta. Po chwili ochroniarze leżeli z przebitymi głowami, ale i tak dziewczynie nie przyniosło to satysfakcji.
Po chwili do sali wbiegła Meredith.
- Co ty tu zrobiłaś?! -Krzyknęła Mer dysząc.- Wszędzie leżą ciała i jakby co ty to sprzątasz... A tak poza tym już wszystko okay?
-Nie... Ich szef uciekł z najlepszymi ludźmi i wiem, że jeszcze tu przyjdą. A teraz muszę się przebrać, pozbierać te ciała i przygotować śniadanie.
***
- Zatem, chcę odnaleźć rodziców i zniszczyć ich wszystkich wrogów. – oznajmił chłopiec z zadziwiającą pewnością siebie.Oko zniknęło, a on poczuł rozrywający ból. Zaczął wrzeszczeć i drapać bolące miejsce. Na jego szyi ukazał się znak. Zrozumiał, że już nigdy nie będzie tak samo jak wcześniej.
Królewskie rodzeństwo po zawarciu paktu zasnęło .Kayla i Mer wzięły swoich panów na ręce i zaniosły ich do swoich sypialni. Kiedy demony spotkały się na korytarzu, wpadła im jednocześnie ta sama myśl.
-Wiesz, co teraz powinniśmy zrobić?- Zapytała Kayla lekko uśmiechając się pod nosem.
-Tak, wypadałoby pozbyć się tej bandy z pałacu. -Powiedziała Mer łapiąc się dwoma palcami za podbródek, wymyślając plan ataku.
-Nie wiem czemu tak rozmyślasz. Ja wolę działać.- Kayla ruszyła w stronę sali tronowej.
-Kayla czekaj!- Meredith próbowała zatrzymać przyjaciółkę, ale jak zwykle było po jej myśli.
***
Kayla idąc stanowczo w stronę sali tronowej zauważyła na drugim korytarzu kilka strażników z bronią palną, byli trochę daleko więc Kayla nie mogła ustalić typu broni i roku produkcji, a nosa do broni miała jak nikt inny. Gdyby cokolwiek wiedziała o ich uzbrojeniu wiedziałaby co użyć przeciwko nim...W jednym momencie przyszedł jej pomysł do głowy.Powoli zbliżając się do jednego ze strażników po cichu zablokowała mu ręce i zasłoniła mu usta, żeby nie mógł wołać o pomoc. Zabrała mu broń i połamała mu nogi i żebra. Uczucie bólu było ja oderwanie kończyn zardzewiałym hakiem. Ochroniarz skonał, płacząc, a z jego ust leciała krew.
W jednej chwili, Kayla wyszła zza ściany i zaczęła strzelać, za co ochroniarze oddali jej z nawiązką postrzelając ją w ramie i w brzuch.
-Cholerny karabin szturmowy AK-47 jak oni mogą z tego strzelać? - Kayla rozczarowana z broni zaczęła używać własnych rąk. Zaczęła łamać kości każdemu. Krzyki i jęki były straszne, wręcz nie do zniesienia.
Kayla zauważyła, że straciła tu dużo czasu i reszta mafii mogła to wszystko usłyszeć i zdążyć uciec, więc szybko pobiegła przez główny korytarz.
Za nią zdyszana Meredith zrobiła sobie krótką przerwę na korytarzu gdzie doszło do masakry. Krew płynęła strumieniami z ludzkiego ścierwa.
- Woach.- powiedziała Mer biegnąc i patrząc na połamane ludzkie ciała. - Niezła jesteś.
-Nareszcie! - krzyknęła Kayla, stojąc przed wielkimi, złotymi drzwiami do sali tronowej. Nagle nastąpił huk od mocnego kopnięcia w drzwi, glanem.Szef mafii zaskoczony nadejściem dziewczyny ubranej na czarno rozkazał swoim ludziom strzelać .Kayla uśmiechnęła się pod nosem i zaczęła unikać kul skacząc po ścianach, po suficie i po żyrandolu. W między czasie szef uciekł z najlepszymi ludźmi. Nie spodobało się to Kayli, że nie uda się jej zabić wszystkich .Wyciągnęła z czarnego płaszcza czarne róże po czym błyskawicznie rozrzucając je w stronę gangsterów. Róże wbijały się bezpośrednio w głowę: w czoło, oczy i usta. Po chwili ochroniarze leżeli z przebitymi głowami, ale i tak dziewczynie nie przyniosło to satysfakcji.
Po chwili do sali wbiegła Meredith.
- Co ty tu zrobiłaś?! -Krzyknęła Mer dysząc.- Wszędzie leżą ciała i jakby co ty to sprzątasz... A tak poza tym już wszystko okay?
-Nie... Ich szef uciekł z najlepszymi ludźmi i wiem, że jeszcze tu przyjdą. A teraz muszę się przebrać, pozbierać te ciała i przygotować śniadanie.
czwartek, 11 września 2014
Rozdział 1
Jest połowa czerwca i właśnie zaczynają się zajęcia.Właśnie do klasy 2 minuty przed dzwonkiem wchodzi czarnowłosa dziewczyna Meredith.Ubrana w szary sweter i ciemne jeansy i czarne trampki.Dziewczyna jest nie tylko urocza,ale i inteligentna.
Lekkim krokiem podeszła do ławki gdzie siedziała już jej przyjaciółka a tak ogólnie to leżała używają rąk jako poduszki.
-Cześć Kayla dziwne,że jesteś przede mną myślałam,że znowu się spóźnisz-powiedziała Mer nachylając się w stronę Kayli,ładnie się uśmiechając.
Kayla powoli podniosła głowie i normalne usiadła patrząc się na koleżankę z ławki.
-Hej Mer,ale to ty sprawie przyszłaś przed dzwonkiem co się stało?-powiedziała Kayla trochę nieprzytomnym głosem .Kayla równie ładna dziewczyna o złotych oczach i czerwonych włosach,ubrana prawie jak zawsze w czarną bokserkę,czarne spodnie,ciemne wysokie glany i skórzaną kurtkę
-Ech,brat znowu zaspał musiałam go obudzić.
-Aha.
Nagle zadzwonił dzwonek i wszyscy usiedli w ławkach.
Do sali weszła nauczycielka Mary Blood,która jest wychowawczynią tej klasy.
-Dzień dobry klaso mam dla was wiadomość.Dzisiaj w naszym symulatorze, odbędą się praktyczne zajęcia z wiązania paktu.- powiedziała pani Mary.
Kiedy lekcja się skończyła wszystkie 3 klasy stanęły w odstępnym miejscu przed symulatorem. Pierwsza weszła Meredith i Kayla.
Gdy były już w środku wszystko zaczęło się trząść i w suficie czarna dziura która zaczęła je wciągać.
Gdy były już w środku wszystko zaczęło się trząść i w suficie czarna dziura która zaczęła je wciągać.
Na początku było widać tylko nicość.Po jakimś czasie było widać światło, a potem nieznaną nikomu dzielnice.
-Ciekawe jakie to miasto?- powiedziała Mer patrząc na okolice bardzo zafascynowana ponieważ,nigdy nie była w świecie ludzi.Co prawda brat opowiadał jej jak tam jest ponieważ przeszedł już egzamin,ale to nie to samo co zobaczyć ten świat na własne oczy.
-Eeeee, nie wiem co cie tak jara,czuje się jakby ktoś drylował mi dziurę w czaszce młotem pneumatycznym- Kayla nie była zafascynowana tym miastem,to było nawet widać i słychać.
-Dobra Mer rozdzielmy się i poszukajmy jakiś smacznych dusz.
-Dobra Mer rozdzielmy się i poszukajmy jakiś smacznych dusz.
-Okej to powodzenia i do zobaczenia Kayla.:)
-I nawzajem Mer ;)
niedziela, 7 września 2014
Prolog
Biegli przez niekończący się korytarz. Ciemność otaczała ich z każdej strony, jedynie przez okna sączył się słaby blask księżycowego światła. Chłopiec ciągnął za sobą młodszą od niego istotkę. Wyglądali żałośnie i słabo. Tak samo się czuli. Francis, następca tronu, był w podartych łachmanach z licznymi ranami, a jego siostra, wyciągnięta z łóżka w koszuli nocnej. Nogi zaczęły odmawiać im posłuszeństwa, a powieki zaczynały robić się ciężkie.
- Francis… ja nie dam rady… - szepnęła dziewczynka i upadła na kolana.
Blondyn zaklął i przełożył jej swoją rękę przez głowę.
- Jeszcze tylko trochę, wytrzymaj. – powiedział z błaganiem w głosie i zaczął ponownie biec. Nie dotarli jednak do celu. Przed zielonymi oczami chłopca zaczęły powstawać czarne plamy, zamazując obraz. Otworzył spiżarnię i zamknął drzwi od środka. Położył nieprzytomną siostrę na workach z żywnością, a sam zaczął przesuwać meble pod drzwi.
- Tu jesteśmy bezpieczni. – rzekł pocieszając samego siebie.
Wytarł pot z czoła i wyciągnął jabłko z worka. Wziął duży, soczysty kęs i usiadł na zimnej posadzce. Nie wiedział co mają robić dalej. Zaatakowali ich niedawno i nie miał jak dotrzeć do służby, co dopiero do rodziców. Na wspomnienia o mamie i tacie skręciło go w żołądku. Jeśli im się coś stało, to on będzie musiał rządzić królestwem. Z zamyślenia wyrwały go krzyki dochodzące z zewnątrz. Rzucił ogryzek na ziemię i zaczął wdrapywać się na meble. Stanął na palcach i wyjrzał przez małe okienko. Ludzie zbierający się przed zamkiem trzymali pochodnie. Zaczynali się niebezpiecznie zbliżać do stosu z zamiarem podpalenia osób do niego przywiązanym. Francis wziął wdech. Rodzice. Zeskoczył na podłogę i zwymiotował kolacją. Zamknął oczy nie chcąc patrzeć na strawiony posiłek i wytarł usta. Nieprzyjemny zapach zaczął szybko rozchodzić się po pomieszczeniu. Muszą uciekać. Podszedł do mebli i niezdarnymi ruchami zaczął je odsuwać. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich dobrze zbudowany mężczyzna. Jego zęby błysnęły w ciemności.
- Pójdziecie ze mną. – powiedział ochrypłym głosem. Przerzucił sobie nieprzytomną Lissianę przez plecy i powoli obrócił się do Francisa. Chłopiec zdążył znaleźć tępy nóż i schować go za plecami.
- Zostaw moją siostrę! – krzyknął i zamachnął się na mężczyznę. Zrobił mu paskudne rozcięcie na lewej łydce. Wróg zasnął pięść i uderzył Francisa w twarz. Chłopiec zawahał się i runął na ziemię. Ciemność wzięła go w swoje ramiona.
Mężczyzna splunął i przerzucił go przez drugie ramię.
- Dzieciaki, same z nimi problemy. – mruknął kierując się na górę. – Musze postarać się o lepszą fuchę.
Jego donośne kroki dudniły w całym pałacu. Wszystkie perskie dywany i zasłony były naznaczone odbytą walką. Konkurencyjny kraj zabrał łupy i jeńców. Dotarł do głównej sali w której zebrali się wszyscy napastnicy. Niedbale rzucił królewskich potomków na ziemię i zasalutował królowi. Władca skinął głową i szepnął coś na ucho doradcy. Dwójka podwładnych napełniła dzbany wodą i wylała ją na dzieci. Gwałtownie się obudziły, kaszląc i starając się zaczerpnąć powietrza. Chłopiec przeszedł do pozycji siedzącej.
- Mówcie co zrobiliście naszym rodzicom. – chciał by zabrzmiało to jak groźba, ale wyszło jako jęk. Łzy napłynęły mu do oczy.
Władca zaśmiał się i podszedł do chłopca. Przyjrzał mu się uważnie i uderzył go laską w brzuch. Francis skulił się z bólu i upadł na podłogę.
- To ma być następca tronu? – zaśmiał się. – Takie chuchro? – uniósł brew czekając na aprobatę swoich poddanych.
Wszyscy wybuchli salwami niepohamowanego śmiechu.
Francis zacisnął zęby i obrócił się do siostry. Chwycił ją za rękę i razem wstali. Głosy ustały, a król otaksował wzrokiem dziewczynę.
- Ile masz lat? – spytał opierając obie ręce na głowicy laski.
- Trzynaście… - wyszeptała i pochyliła głowę.
Podszedł do niej i chwycił ją za podbródek oglądając jej twarz.
- Zatem jesteś już kobietą… Na dodatek z rodziny królewskiej… – dodał zamyślony. – Będziesz idealną kandydatką na żonę dla mojego syna. – obrócił się na pięcie, a kosztowne tkaniny w jakie się odział razem z nim. – Chociaż nie wiem czy będzie chciał poślubić łup wojenny.
Znowu salwy śmiechu.
Francis przytulił drżącą siostrę. Ich włosy się wymieszały. Jej brąz i jego blond. Spojrzał w jej twarz i otarł łzy.
- Hej, wszystko będzie dobrze, póki jesteśmy razem… - wyszeptał w jej włosy i obdarzył pocałunkiem jej czoło. – znam rozwiązanie…
Nagle ludzie zaczęli ich otaczać. Oderwali ich od siebie i związali im kończyny. Następnie wrzucili ich do lochu, gdzie śmierdziało zgnilizną i biegały myszy. Przynajmniej byli razem. Francis próbował wyswobodzić się ze sznurów, ale nie przyniosło to żadnych efektów. W głowie zaświtał mu dość niebezpieczny pomysł, ale jedyny jaki teraz mieli. Obrócił się w stronę Lissiany.
- Powtarzaj za mną, dobra? – powiedział i z trudem podniósł się do pozycji siedzącej. Dziewczynka skinęła głową. – Demonie, wzywam cię, odpowiedz na me wołanie! – krzyknął i piętą naznaczył kontury znaku na posadzce. Jego siostra zrobiła to samo. Nagle świat wokół nich przestał istnieć. Pogrążyli się w czarnej otchłani. Oddzieleni.
- Lissiana! – krzyknął oswobodzony z lin.
- Jest bezpieczna. – usłyszał melodyjny głos.
Ze strachem w oczach obrócił się do czarnego jak otchłań oka z ledwo rozróżnianą pionową źrenicą.
- Kim jesteś? – zapytał podnosząc głowę do góry.
Oko mrugnęło.
- Tym kogo wezwałeś.
Zatem najprawdziwszy demon stał właśnie przed nim.
- Chcesz zawrzeć pakt? – spytała kobieta. – Życzenie za duszę.
Skręciło go w żołądku.
- Tak. – odpowiedział po pewnym czasie. – Chcę odnaleźć rodziców, zniszczyć ich wszystkich wrogów i zapewnić bezpieczeństwo mojej siostrze.
- To ostatnie jest niemożliwe. Lissiana Penhallow wezwała demona i właśnie zawiązuje z nim pakt.
Francis wytrzeszczył oczy. Sam ją do tego zmusił. Ścisnęło go serce na myśl, że drobna Lissiana, musi oddać swoją czystą duszę demonowi.
- Zatem, chcę odnaleźć rodziców i zniszczyć ich wszystkich wrogów. – oznajmił z zadziwiającą pewnością siebie.
Oko zniknęło, a on poczuł rozrywający ból. Zaczął wrzeszczeć i drapać bolące miejsce. Na jego szyi ukazał się znak. Zrozumiał, że już nigdy nie będzie tak samo jak wcześniej.
- Twój brat jest bezpieczny. – powiedział kobiecy głos.
Lissiana pisnęła i wywaliła się na podłogę. Czujne, złote oko z pionową źrenicą obserwowało ją.
- K-k-kim jesteś? – wyjąkała dziewczynka.
Oko mrugnęło.
- Jestem Demonem, wezwaną przez ciebie by zawiązać pakt. Ceną jest twoja dusza. Uważnie więc dobieraj słowa.
Lissiana się wzdrygnęła i zamknęła oczy, starając się powstrzymać napływające łzy.
- Chcę znaleźć rodziców, stać się silniejsza i pozabijać wszystkich wrogów rodziny Penhallow. – powiedziała z lekkim drżeniem w głosie.
- Twe żądanie zostanie spełnione. – oko zniknęło, a ona poczuła ból pod uchem. Powstrzymała jednak krzyk. Od teraz będzie silniejsza. Dotknęła palcami wypalony symbol. To będzie jej siła.
- Francis… ja nie dam rady… - szepnęła dziewczynka i upadła na kolana.
Blondyn zaklął i przełożył jej swoją rękę przez głowę.
- Jeszcze tylko trochę, wytrzymaj. – powiedział z błaganiem w głosie i zaczął ponownie biec. Nie dotarli jednak do celu. Przed zielonymi oczami chłopca zaczęły powstawać czarne plamy, zamazując obraz. Otworzył spiżarnię i zamknął drzwi od środka. Położył nieprzytomną siostrę na workach z żywnością, a sam zaczął przesuwać meble pod drzwi.
- Tu jesteśmy bezpieczni. – rzekł pocieszając samego siebie.
Wytarł pot z czoła i wyciągnął jabłko z worka. Wziął duży, soczysty kęs i usiadł na zimnej posadzce. Nie wiedział co mają robić dalej. Zaatakowali ich niedawno i nie miał jak dotrzeć do służby, co dopiero do rodziców. Na wspomnienia o mamie i tacie skręciło go w żołądku. Jeśli im się coś stało, to on będzie musiał rządzić królestwem. Z zamyślenia wyrwały go krzyki dochodzące z zewnątrz. Rzucił ogryzek na ziemię i zaczął wdrapywać się na meble. Stanął na palcach i wyjrzał przez małe okienko. Ludzie zbierający się przed zamkiem trzymali pochodnie. Zaczynali się niebezpiecznie zbliżać do stosu z zamiarem podpalenia osób do niego przywiązanym. Francis wziął wdech. Rodzice. Zeskoczył na podłogę i zwymiotował kolacją. Zamknął oczy nie chcąc patrzeć na strawiony posiłek i wytarł usta. Nieprzyjemny zapach zaczął szybko rozchodzić się po pomieszczeniu. Muszą uciekać. Podszedł do mebli i niezdarnymi ruchami zaczął je odsuwać. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich dobrze zbudowany mężczyzna. Jego zęby błysnęły w ciemności.
- Pójdziecie ze mną. – powiedział ochrypłym głosem. Przerzucił sobie nieprzytomną Lissianę przez plecy i powoli obrócił się do Francisa. Chłopiec zdążył znaleźć tępy nóż i schować go za plecami.
- Zostaw moją siostrę! – krzyknął i zamachnął się na mężczyznę. Zrobił mu paskudne rozcięcie na lewej łydce. Wróg zasnął pięść i uderzył Francisa w twarz. Chłopiec zawahał się i runął na ziemię. Ciemność wzięła go w swoje ramiona.
Mężczyzna splunął i przerzucił go przez drugie ramię.
- Dzieciaki, same z nimi problemy. – mruknął kierując się na górę. – Musze postarać się o lepszą fuchę.
Jego donośne kroki dudniły w całym pałacu. Wszystkie perskie dywany i zasłony były naznaczone odbytą walką. Konkurencyjny kraj zabrał łupy i jeńców. Dotarł do głównej sali w której zebrali się wszyscy napastnicy. Niedbale rzucił królewskich potomków na ziemię i zasalutował królowi. Władca skinął głową i szepnął coś na ucho doradcy. Dwójka podwładnych napełniła dzbany wodą i wylała ją na dzieci. Gwałtownie się obudziły, kaszląc i starając się zaczerpnąć powietrza. Chłopiec przeszedł do pozycji siedzącej.
- Mówcie co zrobiliście naszym rodzicom. – chciał by zabrzmiało to jak groźba, ale wyszło jako jęk. Łzy napłynęły mu do oczy.
Władca zaśmiał się i podszedł do chłopca. Przyjrzał mu się uważnie i uderzył go laską w brzuch. Francis skulił się z bólu i upadł na podłogę.
- To ma być następca tronu? – zaśmiał się. – Takie chuchro? – uniósł brew czekając na aprobatę swoich poddanych.
Wszyscy wybuchli salwami niepohamowanego śmiechu.
Francis zacisnął zęby i obrócił się do siostry. Chwycił ją za rękę i razem wstali. Głosy ustały, a król otaksował wzrokiem dziewczynę.
- Ile masz lat? – spytał opierając obie ręce na głowicy laski.
- Trzynaście… - wyszeptała i pochyliła głowę.
Podszedł do niej i chwycił ją za podbródek oglądając jej twarz.
- Zatem jesteś już kobietą… Na dodatek z rodziny królewskiej… – dodał zamyślony. – Będziesz idealną kandydatką na żonę dla mojego syna. – obrócił się na pięcie, a kosztowne tkaniny w jakie się odział razem z nim. – Chociaż nie wiem czy będzie chciał poślubić łup wojenny.
Znowu salwy śmiechu.
Francis przytulił drżącą siostrę. Ich włosy się wymieszały. Jej brąz i jego blond. Spojrzał w jej twarz i otarł łzy.
- Hej, wszystko będzie dobrze, póki jesteśmy razem… - wyszeptał w jej włosy i obdarzył pocałunkiem jej czoło. – znam rozwiązanie…
Nagle ludzie zaczęli ich otaczać. Oderwali ich od siebie i związali im kończyny. Następnie wrzucili ich do lochu, gdzie śmierdziało zgnilizną i biegały myszy. Przynajmniej byli razem. Francis próbował wyswobodzić się ze sznurów, ale nie przyniosło to żadnych efektów. W głowie zaświtał mu dość niebezpieczny pomysł, ale jedyny jaki teraz mieli. Obrócił się w stronę Lissiany.
- Powtarzaj za mną, dobra? – powiedział i z trudem podniósł się do pozycji siedzącej. Dziewczynka skinęła głową. – Demonie, wzywam cię, odpowiedz na me wołanie! – krzyknął i piętą naznaczył kontury znaku na posadzce. Jego siostra zrobiła to samo. Nagle świat wokół nich przestał istnieć. Pogrążyli się w czarnej otchłani. Oddzieleni.
- Lissiana! – krzyknął oswobodzony z lin.
- Jest bezpieczna. – usłyszał melodyjny głos.
Ze strachem w oczach obrócił się do czarnego jak otchłań oka z ledwo rozróżnianą pionową źrenicą.
- Kim jesteś? – zapytał podnosząc głowę do góry.
Oko mrugnęło.
- Tym kogo wezwałeś.
Zatem najprawdziwszy demon stał właśnie przed nim.
- Chcesz zawrzeć pakt? – spytała kobieta. – Życzenie za duszę.
Skręciło go w żołądku.
- Tak. – odpowiedział po pewnym czasie. – Chcę odnaleźć rodziców, zniszczyć ich wszystkich wrogów i zapewnić bezpieczeństwo mojej siostrze.
- To ostatnie jest niemożliwe. Lissiana Penhallow wezwała demona i właśnie zawiązuje z nim pakt.
Francis wytrzeszczył oczy. Sam ją do tego zmusił. Ścisnęło go serce na myśl, że drobna Lissiana, musi oddać swoją czystą duszę demonowi.
- Zatem, chcę odnaleźć rodziców i zniszczyć ich wszystkich wrogów. – oznajmił z zadziwiającą pewnością siebie.
Oko zniknęło, a on poczuł rozrywający ból. Zaczął wrzeszczeć i drapać bolące miejsce. Na jego szyi ukazał się znak. Zrozumiał, że już nigdy nie będzie tak samo jak wcześniej.
***
Błądziła w ciemności nawołując brata. Co jakiś czas potykała się o własne nogi, ale dzielnie wstawała i biegła dalej.- Twój brat jest bezpieczny. – powiedział kobiecy głos.
Lissiana pisnęła i wywaliła się na podłogę. Czujne, złote oko z pionową źrenicą obserwowało ją.
- K-k-kim jesteś? – wyjąkała dziewczynka.
Oko mrugnęło.
- Jestem Demonem, wezwaną przez ciebie by zawiązać pakt. Ceną jest twoja dusza. Uważnie więc dobieraj słowa.
Lissiana się wzdrygnęła i zamknęła oczy, starając się powstrzymać napływające łzy.
- Chcę znaleźć rodziców, stać się silniejsza i pozabijać wszystkich wrogów rodziny Penhallow. – powiedziała z lekkim drżeniem w głosie.
- Twe żądanie zostanie spełnione. – oko zniknęło, a ona poczuła ból pod uchem. Powstrzymała jednak krzyk. Od teraz będzie silniejsza. Dotknęła palcami wypalony symbol. To będzie jej siła.
sobota, 30 sierpnia 2014
Wprowadzenie
Witam na blogu o Kuroshitsuji.
Nasz blog nie będzie na podstawie mangi czy anime,historie,króre zostaną tu napisane są wymyślone przeze mnie i drugą administratorke Mel.Każda z nas opisuje z perspektywy swojego demona.Blog opisuje historie dwóch demonów : Meredith i Kayli.
Powiem,że główne postacie takie jak Ciel lub Sebastian wystąpią.
Mam nadzieje,że nasz blog wam się spodoba.
Życze wam miłego czytania.
Mel & Kayla
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
.jpg)
.jpg)